Kiedyś byłam głosem dla innych
Kiedyś mówiłam ludziom, jak żyć.
Z pewnością, która przychodzi tylko wtedy, gdy serce ma skrzydła, a dusza jeszcze nie zna swoich cieni.
Przychodzili.
Słuchali.
Potakiwali głowami jakby znajdowali w moich słowach klucz do własnych drzwi.
Niektórzy nawet otworzyli.
Zmienili coś. Poszli dalej.
Zostawili mi wdzięczność – i ciszę.
A potem przyszedł czas, kiedy sama musiałam słuchać siebie.
I nagle moje własne rady smakowały jak zupa, którą ugotowałam komuś, ale została tylko dla mnie.
Już nie taka dobra.
Już nie taka ciepła.
Relacje zaczęły się sypać, jakby ziarna rozsypane po stole.
Chciałam dobrze – zawsze.
Ale nie wszystko, co dobre, jest przyjmowane z wdzięcznością.
Nie wiem, kiedy przestałam być dla nich źródłem.
Może wtedy, gdy przestałam znać odpowiedzi.
Może wtedy, gdy moje milczenie stało się bardziej prawdziwe niż mądre słowa.
Dziś pytam:
Czy warto mówić komuś, jak żyć?
Czy można dotknąć czyjegoś świata bez zostawiania śladu ciężaru?
Jak być z innymi, żeby było lekko?
Może teraz jest czas, by już nie prowadzić.
Nie naprawiać.
Nie wiedzieć.
Tylko być.
Obok.
Z herbatą. Z uśmiechem. Z cichym „rozumiem cię, choć nie wiem jak pomóc.”
Bo może najpiękniejsze spotkania są wtedy, gdy nikt nie ratuje.
A każdy po prostu jest.
Komentarze
Prześlij komentarz